1. Wiedza dla wszystkich

System nauki w Polsce do złudzenia przypomina demokrację szlachecką w jej najgorszym okresie. Odwołuje się do idei samorządności i demokracji, z których korzystać mogą jedynie nobilitowani wybrańcy. Struktura awansu naukowego, mająca podobno sprzyjać jakości dorobku naukowego, w istocie służy kontroli dostępu do władzy i niemałych wcale zasobów, jakie co roku naukowcy i akademicy otrzymują od podatników. Czy ta publiczna inwestycja się opłaca? Nikt tego tak naprawdę nie wie, bo opłakany stan analityki sfery polskiej nauki nie pozwala na rzetelną jej ocenę.

Co więc stoi na przeszkodzie, by przekonać się naocznie, jakie są owoce pracy polskich uczonych? Wszak internet jest doskonałą platformą produkcji i upowszechniania wiedzy, czego doskonale dowodzą rozwijające się dynamicznie na świecie modele Open Science, Open Access, Open Innovation. Na świecie, owszem. Jednak nie w Polsce, jeśli nieliczne wyjątki potraktować jako potwierdzenie reguły.

Polscy uczeni doskonale wiedzą, że internet jest wspaniałym narzędziem komunikacji. Gdy w lutym 2009 r. poczuli, że rozum w Polsce jest zagrożony rozporządzeniem minister pracy Jolanty Fedak, poderwani do boju przez prof. Łukasza Turskiego przygotowali list protestacyjny szybko podpisany przez setki sygnatariuszy. Przypomnijmy – minister Jolanta Fedak opublikowała rozporządzenie, w którym zamieszczono definicje zawodów uprawianych w Polsce. Na liście tej znalazły się również takie profesje, jak wróżbita, różdżkarz, radiesteta, oraz opisy kompetencji określających każdą z tych specjalności.

W „Liście w obronie rozumu” można było przeczytać: „Niżej podpisani uważają za skandaliczne umieszczenie na tej liście szeregu profesji niemających nic wspólnego z cywiliacją XXI wieku, a już na pewno z oficjalnie głoszoną przez Rząd RP ideą tworzenia społeczeństwa opartego na wiedzy” [1]. Paweł Wimmer, komentując na swym blogu inicjatywę naukowców, konstatuje: „jak wygodny jest w takich zastosowaniach internet – w latach 70. i 80. listy protestacyjne krążyły w postaci papierowych formularzy, a dziś nie trzeba się nawet ruszyć od biurka z komputerem” [2].

Komputer jest jednak wygodny także w innych zastosowaniach. Na przykład można go z powodzeniem użyć, by wziąć udział w publicznej debacie i wyjaśnić, dlaczego rozporządzenie minister pracy jest naganne (jeśli rzeczywiście na naganę zasługuje). Już chyba tylko Kościół katolicki stosuje regułę: Roma locuta, causa finita.

Jednak dziś nie wystarczy, że skrzyknie się kilkuset uczonych, którzy potępią z bezpiecznego ukrycia w swej wieży z kości słoniowej szerzącą się w codziennym życiu głupotę. Na czym opierają siłę swego autorytetu: na posiadanych stopniach naukowych, nazwach instytucji, w których uprawiają naukowe rzemiosło, publikacjach w czasopismach naukowych?

Przecież wszystkie te elementy równie łatwo dziś zdyskredytować jak roszczenia astrologów twierdzących, że znajomość układu ciał niebieskich daje im dostęp do wiedzy o przyszłości. Czym bowiem różnią się te roszczenia od przekonania ekonomistów, którzy wespół z fizykami i matematykami tworzyli modele matematyczne mające uchronić systemy finansowe przed ryzykiem katastrofy, która rozpoczęła marsz destrukcji latem 2007 r. i je zdruzgotała? Trzeba mieć odwagę przyznać się, że człowiek z naukowym stopniem niczym się nie różni od astrologa lub wróżbity (niezależnie, czy są na liście zawodów, czy nie), gdy obiecuje więcej, niż pozwala zasada rzeczywistości. Zasadę tę doskonale wyraził David Hume, a w XX stuleciu rozwinął Karl R. Popper: wnioskowanie indukcyjne być może sprawdza się w matematyce, w systemach ze strzałką czasu nie ma zastosowania.

Coraz trudniej także uznać za aksjomat, że jedynie system nauki jest źródłem wiedzy obiektywnej i zapewnia pełną integralność procesu produkcji wiedzy. Dr Scott S. Reuben, wzięty anestezjolog z Baystate Medical Center, przez dwanaście lat opublikował co najmniej 21 artykułów w renomowanych, recenzowanych czasopismach naukowych, posługując się sfabrykowanymi danymi. Sprawa, ujawniona opinii publicznej w marcu 2009 r., zyskała miano „massive academic fraud”: oszustwa naukowego na skalę masową. Rzeczywiście, ze względu na skalę i długotrwałość procederu zdumiewa, nie jest jednak wyjątkiem. Także w Polsce, gdzie komunikację naukową trawi plagiaryzm, recenzenckie układy i zmowy milczenia. Jednocześnie zaś hasło naukowego obiektywizmu stało się maczugą stosowaną w politycznych egzekucjach (by wspomnieć choćby działalność Instytutu Pamięci Narodowej), a stopień akademicki i elokwencja przepustką do celebryckiej kariery w mediach elektronicznych.

Nie czas jednak wznawiać postmodernistyczną krytykę nauki, oszczędzoną Polsce historycznie opóźnionej w refleksji nad systemami produkcji wiedzy. Głośne pytanie filozofa Paula Feyerabenda „What’s great about science?” nie wywołało u nas krytycznego namysłu, podobnego do tego, jaki wstrząsnął nauką na Zachodzie. Scjentyzm i wynikające z niego zadowolenie z siebie pozostało opcją preferowaną. Pytanie tymczasem pozostaje aktualne, przypomina na łamach „Nature” Harry Collins [3], jeden z prominentnych przedstawicieli konstruktywistycznego programu socjologii wiedzy. I mimo prób relatywizowania znaczenia metody naukowej (jakkolwiek trudno zdefiniować to pojęcie) należy uznać, że pozostaje ona uprzywilejowanym sposobem orzekania o prawdzie w świecie rzeczywistym.

Istnieją kryteria odróżniające wiedzę astronoma od wiedzy astrologa i różnicy tej nie wolno zamazywać, jeśli nowoczesna cywilizacja ma trwać. Status uprzywilejowany nie oznacza jednak statusu imperialnego, nauka i wiedza muszą się uspołecznić: „Nauka może więc nam dostarczyć zestawu wartości, lecz nie pewników, jak kierować życiem, również społecznym i politycznym. Możliwe jest to jednak jedynie wówczas, gdy zaakceptujemy, że recepcja naukowych faktów jest zadaniem znacznie trudniejszym, niż uznawano kiedyś, oraz że odkrycia nie prowadzą wprost do konkluzji politycznych. Naukowcy mogą wskazywać drogę pod warunkiem uznania swoich słabości” – pisze Collins proklamując program „wybieralnego modernizmu” [4]. Polega on na uznaniu wyjątkowych wartości tkwiących w ekspertyzie naukowej przy jednoczesnym zakwestionowaniu przekonania, że nauka ma monopol na definiowanie kryteriów racjonalności. Tropem podobnym jak Collins podąża francuski filozof nauki Bertrand Saint-Sernin w książce Le rationalisme qui vient [5]. Zwraca on uwagę, że jedynie nauka tworzy uniwersalną platformę komunikacyjną umożliwiającą racjonalną debatę ponad podziałami wynikającymi z różnic kulturowych między społecznościami współczesnego świata. Jednak warunkiem, by debata ta była możliwa, jest dostęp do wiedzy.

Idealną realizacją filozoficznych postulatów Collinsa i Saint-Sernina wydaje się projekt otwartej nauki i związane z nim rozwiązania praktyczne, ukryte pod takimi pojęciami, jak Open Access czy Science 2.0. Jeśli bowiem uznać, że warunkiem skuteczności procesów porozumiewania się mimo różnic kulturowych jest uniwersalizm komunikacji opartej na racjonalności odwołującej się do wiedzy naukowej, to oczywisty staje się postulat, by wiedzę tę oraz możliwość partycypacji w jej produkcji jak najszerzej upowszechniać. Duży już korpus badań naukoznawczych pokazuje jednoznacznie, że formuła Open Access zarówno sprzyja dostępowi do komunikacji naukowej, jak i służy jej intensyfikacji. Pozytywny skutek widać zwłaszcza w przypadku krajów z przyczyn ekonomicznych nie mogących korzystać z płatnych czasopism [6] i innych komercyjnych form komunikacji naukowej.

Nie tylko jednak postulaty uniwersalistyczne uzasadniają wagę projektu otwartej nauki. Uspołecznienie nauki oraz uczynienie z wiedzy zasobu publicznego w jak najszerszym zakresie znajdują uzasadnienie także we współczesnej refleksji ekonomicznej. Paul Romer w pracach nad endogenicznymi czynnikami wzrostu gospodarczego wykazał, że kluczowym czynnikiem kreowania wartości są, obok kapitału fizycznego, „idee” (a więc zarówno praktyczne know-how, jak i wiedza naukowa). O ile jednak kapitał fizyczny jest dobrem konkurencyjnym, o tyle idee są dobrem niekonkurencyjnym – nie ubywa go wraz z konsumpcją, przeciwnie – społeczno-ekonomiczna wartość idei rośnie w miarę ich upowszechniania.

Niestety, w Polsce prowadzi się bardzo ograniczoną i jednostronną debatę nad społeczeństwem wiedzy i gospodarką opartą na wiedzy, mimo że – jak zauważyli autorzy „Listu otwartego w obronie rozumu” – pojęcia te stały się oficjalnymi zaklęciami. W obowiązującym dyskursie pojęcia te są rozkodowywane zgodnie z logiką kapitalizmu klasycznego, nowoczesnego, w którym wiedza jest traktowana jak kapitał fizyczny i dobro konkurencyjne. „Wiedza to towar”, powinna być więc przedmiotem obrotu komercyjnego, nie zaś upowszechniania w modelu otwartym. Tylko bowiem jako towar, a więc dobro ekskluzywne, ma wartość dla inwestorów. Pod tym względem polska debata nad statusem wiedzy jako czynnika rozwoju przypomina debatę, jaka na Zachodzie toczyła się na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Debata ta doprowadziła w Stanach Zjednoczonych do przyjęcia w 1980 r. ustawy Bayha-Dole’a, która umożliwiła prywatnym osobom patentowanie wynalazków opracowanych w wyniku badań naukowych prowadzonych ze środków publicznych. Ustawa wyzwoliła olbrzymią falę przedsiębiorczości akademickiej, dziś jednak dosyć powszechnie poddawana jest krytyce. Dlaczego? Bo skutkiem ubocznym stało się zmniejszenie efektywności procesów komunikacji naukowej i upowszechniania wiedzy. Częściowo równowagę przywróciła, przynajmniej w obszarze badań biomedycznych, ustawa podpisana w 2007 r. przez George’a Busha i potwierdzona przez Baracka Obamę w marcu 2009 r., nakazująca publikowanie w domenie publicznej wszystkich wyników prac naukowych finansowanych przez Narodowe Instytuty Zdrowia. Inicjatywa polityczna zaspokaja w tym przypadku demokratyczne roszczenie społeczne, wyrażające się między innymi w działaniu The Alliance for Taxpayer Access. Stowarzyszenie to opiera swoją działalność na czterech przesłankach:

  • Amerykańscy podatnicy mają prawo do otwartego dostępu przez internet do recenzowanych artykułów naukowych powstałych w wyniku badań sfinansowanych przez rząd Stanów Zjednoczonych.
  • Szeroki dostęp do informacji zawartej w tych artykułach jest kluczowym i niezbywalnym składnikiem narodowej inwestycji w naukę.
  • Te oraz inne informacje naukowe powinny być efektywnie dystrybuowane z wykorzystaniem internetu, co ma stymulować dalsze odkrycia i innowacje oraz wspomagać przełożenie wiedzy na korzyści społeczne.
  • Większy dostęp i szerszy zakres wymiany informacji doprowadzi do wykorzystania ich przez miliony naukowców, ekspertów i obywateli oraz zapewni podatnikom większy zwrot z ich inwestycji.

Jasne i klarowne postulaty, które mogłyby bez żadnych poprawek znaleźć zastosowanie w Polsce. Wszak zdecydowana większość badań naukowych prowadzona jest w naszym kraju za pieniądze podatników, na dodatek znaczna część ich wyników publikowana jest w czasopismach naukowych także utrzymywanych z dotacji publicznych. Tymczasem idea Open Access traktowana jest jak „nowinka z Zachodu”, przed którą raczej należy się chronić, choć powinna stać się jednym z głównych elementów strategii polityki naukowej. Przed uzasadnieniem tej tezy należy dokonać analizy zjawiska otwartej nauki w Polsce. Analiza będzie krótka, bo w istocie paradygmat Open Science w naszym kraju ma status bardziej idei publicystycznej niż potwierdzonej faktami rzeczywistości.

Nie istnieją żadne regulacje, które jednoznacznie narzucałyby obowiązek upubliczniania wyników badań prowadzonych ze środków publicznych. Po raz pierwszy postulat wprowadzenia „otwartych standardów w nauce (Open Access)” został wyrażony w Strategii rozwoju społeczeństwa informacyjnego do roku 2013.[7]

Kolejnym dokumentem, w którym można doszukać się przesłanek myślenia w kategoriach powszechnego, publicznego dostępu do wiedzy, jest Krajowy Program Badań Naukowych i Prac Rozwojowych, ogłoszony w październiku 2008 r. przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W ramach priorytetowego obszaru badawczego „Społeczeństwo w warunkach bezpiecznego, przyspieszonego i zrównoważonego rozwoju społeczno-gospodarczego” znalazł się temat: „Interdyscyplinarny system interaktywnej informacji naukowej i naukowo-technicznej”. Realizacja tematu ma przynieść następujące efekty: „Polska posiada bogate zasoby dziedzictwa kulturowego, które są jednym z głównych elementów wpływających na korzystny wizerunek kraju w Europie i w świecie, a także atutem w procesie definiowania miejsca i pozycji Polski w Unii Europejskiej (strategia Rozwoju Kraju 2007–2015). Zatem ich internetową (powszechnie dostępną) prezentację, możemy uznać za jeden z najważniejszych efektów społecznych realizacji programu. Innymi efektami będą: wewnętrzna integracja środowiska naukowego (w relacjach pomiędzy specjalnościami, ośrodkami itp.) ze środowiskiem nauczycielskim i środowiskami pasjonatów. Podkreślić należy poszerzenie możliwości dydaktycznych na wszystkich poziomach nauczania”.[8]

W zasadzie jest to polska urzędowa definicja Open Access. Dokument proponujący tę definicję nie wprowadza jednak instytucji Open Access jako sposobu upowszechniania wiedzy naukowej, lecz postuluje powstanie technicznych możliwości realizacji Open Access w Polsce. To oczywiście dużo, choć wcale nie oznacza, że gdy już techniczne możliwości powstaną, pojawi się decyzja polityczna nakładająca obowiązek publikowania wyników badań naukowych w narodowym repozytorium.

Aby Open Access stał się w Polsce nie tylko tematem priorytetu badawczo-rozwojowego, lecz także priorytetem polityki naukowej, potrzebna jest synchronizacja kilku czynników. Po pierwsze, potrzebna jest demokratyczna artykulacja roszczenia społecznego, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych czyni to The Alliance For Taxpayer Access. Mocna artykulacja tego roszczenia jest niezbędna, by politycy zyskali społeczną legitymizację dla polityki radykalnie odmiennej od tradycyjnej rutyny komunikacyjnej obowiązującej w polskiej nauce. Celem naukowej komunikacji bowiem nie jest dziś upowszechnianie rezultatów, lecz reprodukcja systemu.

Impulsy reformatorskie płynące z samego systemu są zbyt słabe i nieliczne, poza światłym przykładem cyfrowych repozytoriów, realizowanym przez kilkanaście bibliotek naukowych, w zakresie Open Access nic się nie dzieje. Pomysły zbyt innowacyjne mają większą szansę na „utrącenie” przez środowisko niż na akceptację.

Nic w tym jednak dziwnego, skoro polska nauka nie przeżyła jeszcze wewnętrznej rewolucji komunikacyjnej. Internet, o czym już była mowa, został odkryty jako wygodne narzędzie organizacji protestów. Daremnie jednak szukać w nim, poza nielicznymi wyjątkami, ciekawych przejawów życia polskiej nauki. Badania „Wizerunek polskiego naukowca w internecie” z grudnia 2008 r. pokazują, że:

  • O naukowcach w sieci się mówi, ale to nie naukowcy mówią o sobie. Istniejące blogi o tematyce naukowej prowadzą entuzjaści, dziennikarze, najrzadziej sami naukowcy.
  • Naukowcy tworzą zamknięte, hermetyczne środowisko. Internet służy bardziej jako narzędzie agregacji informacji niż jako instrument komunikacji/wymiany.
  • Nie widać otwarcia na nowe trendy, takie jak Nauka 2.0.

Reasumując, nauka polska ciągle tkwi w starym, modernistycznym modelu komunikacyjnym, w którym obowiązywał klarowny podział pracy: uczeni prowadzą badania, których wyniki komunikują za pomocą wyspecjalizowanych kanałów, jak recenzowane czasopisma naukowe i konferencje. Upowszechnianie wyników badań to domena innej specjalności, popularyzacji, którą zajmują się profesjonaliści-dziennikarze i mający zbyt dużo czasu naukowcy (w domyśle: ci, którzy już niczego nie osiągną w nauce). Model ten jest niezwykle trwały. Decydują o tym mechanizmy systemowe (ocena przebiegu kariery polegająca na skrzętnym liczeniu punktów za publikacje i wystąpienia konferencyjne bez rzeczywistego związku z jakością i istotnością produkcji naukowej) i brak silnego roszczenia społecznego, które zmusiłoby środowisko do większej otwartości komunikacyjnej.

W efekcie system się reprodukuje. Z jednej strony kolejni młodzi adepci nauki w trosce o swoją karierę internalizują konserwatywne normy komunikacyjne. Z drugiej strony społeczeństwo internalizuje wartości dyskursu dominującego, w którym idea społeczeństwa wiedzy przekłada się na hasło „wiedza to towar”, i z pokorą płacą za lichej jakości towar, wnosząc do publicznej kasy podatki oraz czesne do kas niepublicznych uczelni. Tak ustawiony system petryfikuje się, skutecznie broniąc przed dyfuzją komunikacyjnych innowacji.

W najważniejszych światowych ośrodkach rozwoju wiedzy i refleksji nad produkcją wiedzy nawet instytucje tradycyjnego establishmentu naukowego operują na co dzień pojęciami Open Access, Open Science, Open Innovation. Pojęcia te weszły już do słownika publikacji i rekomendacji OECD. Tygodnik „Nature”, jeden z bastionów tradycyjnej komunikacji naukowej i systemu recenzenckiego w modelu peer-review (czyli pozytywnego zrecenzowania przez innych naukowców jako warunku publikacji) zachęca naukowców, by blogowali i otwiera pod własną marką naukową blogosferę. Pismo nie waha się również cytować w analizach redakcyjnych prac publikowanych w modelu Gold Open Access w takich pismach jak te wydawane przez Public Library of Science (PLoS). Amerykański odpowiednik „Nature”, tygodnik „Science”, choć nieco bardziej sceptyczny wobec idei Open Access, publikuje artykuły i analizy podważające sensowność systemu patentowego.

Niezależnie od konkluzji wszyscy uczestnicy tej coraz żywszej debaty nie mają wątpliwości, że kontekst uprawiania nauki radykalnie się zmienił. Najpierw postmodernistyczna krytyka lat 70. i 80. podważyła imperialny status instytucjonalnej nauki. Potem pojawił się internet i rewolucja komunikacyjna. Przypomniała ona, że tzw. tradycyjny model komunikacji naukowej, oparty na publikacjach w recenzowanych czasopismach, jest produktem historii i poprzedniej rewolucji naukowej. Pierwsze czasopismo naukowe par excellence, „Philosophical Transactions of the Royal Society”, powstało bowiem w Londynie w 1665 r. Jego twórcy, sekretarzowi Royal Society Henry’emu Oldenburgowi, przyświecała myśl, by w ten sposób uporządkować i ułatwić dialog między uczonymi oraz ogłaszanie kolejnych odkryć. W tym samym czasie rodziła się prasa, zapowiadając rewolucję w komunikacji politycznej. Zbieżność obu procesów nie jest przypadkowa, bo walka o wiedzę była istotną częścią walki politycznej. Brytyjski system patentowy, wprowadzający ograniczony w czasie monopol wynalazcy na czerpanie korzyści z wynalazku, był formą odpowiedzi na nieograniczony w czasie monopol władzy królewskiej.

Obecnie internet stał się takim samym symptomem zmiany dyskursów wiedzy, władzy i pieniądza, jakim była prasa drukarska u zarania epoki nowoczesnej. Zmiana ta ma daleko większe konsekwencje niż tylko na przykład techniczna możliwość upowszechniania cyfrowych zasobów wiedzy w modelu Open Access. Bo ta techniczna możliwość warunkuje rewolucyjną zmianę stosunków władzy – postulat, by usankcjonować status wiedzy jako dobra publicznego oznacza wywłaszczenie wielu indywidualnych i zbiorowych aktorów gry ekonomicznej, dla których źródłem przewagi konkurencyjnej była ekskluzywność wiedzy. Techniczna możliwość jednak nie wystarczy, a uzasadnieniem zmiany nie może być jedynie determinizm technologiczny. Musi ona zyskać poparcie w postaci silnego demokratycznego roszczenia.

Anachronizm polskiej komunikacji naukowej, faktyczny opór polskich naukowców przed innowacjami otwartej nauki nie jest w tym kontekście niczym zaskakującym. Dyskurs wiedzy rozwija się równolegle z dyskursem politycznym, który w Polsce jest nie mniej anachroniczny od naukowego. Sytuację w obu przypadkach może zmienić jedynie demokratyczne roszczenie społeczeństwa. Na razie trudno takie aspiracje dostrzec.

Edwin Bendyk

2. Ruch Open Access

Przypisy
1. Edwin Bendyk, Zawód wróżbita, czyli List otwarty w obronie rozumu, „Antymatrix”, 26 lutego 2009, http://bendyk.blog.polityka.pl/?p=617
2. Paweł Wimmer, List otwarty w obronie rozumu, „Poradnik internauty”, 25 lutego 2009, http://poradnikwebmastera.blox.pl/2009/02/List-otwarty-w-obronie-rozumu.html
3. Harry Collins, We Cannot Live by Scepticism Alone, „Nature”, t. 458, 5 marca 2009
4. Tamże
5. Bertrand Saint-Sernin, Le rationalisme qui vient, Gallimard, Paris 2007
6. Open Access in the Developing World – Yes, It Is a Good Thing, „A Blog Around the Clock”, 2 marca 2009, http://scienceblogs.com/clock/2009/03/open_access_in_the_developing.php
7.  Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Strategia rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce do roku 2013, Warszawa 2008, http://www.mswia.gov.pl/strategia/]
8.  Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Komunikat nr 22 Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 30 października 2008 roku w sprawie Krajowego Programu Badań Naukowych i Prac Rozwojowych, Warszawa 2008.